Nadchodzi medyczna cenzura? Lex Szarlatan otwiera RPP drzwi do kontroli nad naszym zdrowiem
Lex Szarlatan: czy pod pozorem ochrony pacjentów rodzi się państwowy kaganiec na medycynę naturalną?
Rzecznik Praw Pacjenta dostanie władzę, jakiej dotąd nie miał żaden urząd. Milionowe kary, możliwość publikowania decyzji, ingerencja w działalność internetową i decydowanie o tym, co jest „aktualną wiedzą medyczną”. Czy to jeszcze ochrona pacjenta, czy już próba ustanowienia jednego, państwowego modelu leczenia?
Ustawa nazywana przez krytyków „Lex Szarlatan” może całkowicie zmienić zasady funkcjonowania osób zajmujących się terapiami naturalnymi, komplementarnymi i tradycyjnymi. Oficjalnie cel jest szczytny: walka z oszustwami i ochrona pacjentów przed osobami oferującymi niesprawdzone metody leczenia. Problem w tym, że – zdaniem przeciwników ustawy – definicje są tak szerokie, a uprawnienia Rzecznika Praw Pacjenta tak daleko idące, że pod nóż może trafić nie tylko faktyczny oszust, ale również terapeuta, lekarz, dziennikarz czy zwykły obywatel zabierający głos w dyskusji o zdrowiu.
Jeden urząd będzie wiedział, co jest „prawdą medyczną”?
Jednym z najbardziej kontrowersyjnych elementów ustawy jest odwołanie do pojęcia „aktualnej wiedzy medycznej”. Brzmi rozsądnie. Tylko kto będzie ostatecznie decydował, co się pod tym pojęciem mieści? Krytycy wskazują, że w przypadku wielu metod naturalnych czy tradycyjnych nie istnieje rozbudowany system badań klinicznych i rekomendacji porównywalny z tym, który funkcjonuje dla leków konwencjonalnych. Czy oznacza to, że metoda stosowana od pokoleń może zostać uznana za „dezinformację medyczną” tylko dlatego, że nie mieści się w dominującym modelu badań? A jeśli odpowiedź brzmi „tak”, pojawia się jeszcze poważniejsze pytanie:Czy państwo właśnie tworzy monopol na definicję tego, czym jest medycyna?
Milion złotych kary za działalność uznaną za niewłaściwą
Projektowane przepisy przewidują bardzo dotkliwe sankcje finansowe. Rzecznik Praw Pacjenta ma mieć możliwość nakładania kar sięgających 1 miliona złotych, a w określonych sytuacjach również kar osobistych wobec osób zarządzających. To nie jest już symboliczna grzywna. Dla małego gabinetu, terapeuty czy firmy działającej w branży zdrowotnej taka kara może oznaczać bankructwo. Co więcej, przeciwnicy ustawy zwracają uwagę na skupienie w rękach jednego organu szeregu kompetencji: wszczęcie postępowania, gromadzenie materiału, korzystanie z opinii ekspertów, sformułowanie zarzutów i wydanie decyzji. Czy obywatel powinien mieć możliwość skutecznego zakwestionowania takiej decyzji zanim poniesie jej konsekwencje?
Najbardziej niepokojący element: internet
Jeszcze większe emocje budzą przepisy dotyczące tzw. dezinformacji medycznej. Krytycy ustawy ostrzegają przed możliwością tworzenia publicznego rejestru podmiotów uznanych za rozpowszechniające taką dezinformację oraz ingerowania w dostęp do stron internetowych. I tutaj zaczyna się scenariusz, który brzmi jak coś z dystopijnego filmu. Wyobraźmy sobie lekarza, który publicznie krytykuje określoną terapię. Naukowca kwestionującego obowiązującą interpretację badań. Dziennikarza opisującego przypadki działań niepożądanych. Albo terapeutę, który opowiada o własnych doświadczeniach z ziołami. Jeżeli granice „dezinformacji” zostaną określone zbyt szeroko, każdy z nich może zacząć zastanawiać się: Czy za ten wpis nie dostanę kary? A kiedy ludzie zaczynają bać się publikować swoje opinie, cenzura nie musi już nawet aktywnie usuwać treści. Wystarczy strach.
„Nie musimy niczego zakazywać. Ludzie sami przestaną mówić”
To właśnie tak działa tzw. efekt mrożący. Nie trzeba zamykać wszystkich stron internetowych. Nie trzeba karać każdego autora. Wystarczy, że sankcje będą na tyle dotkliwe, aby większość ludzi uznała, że bezpieczniej będzie milczeć. W efekcie internet dotyczący zdrowia może zostać zdominowany przez najbardziej zachowawcze, oficjalnie akceptowane przekazy. A co z nowymi hipotezami? Co z naukowcami, którzy kwestionują obowiązujące poglądy? Co z pacjentami wymieniającymi się doświadczeniami? Co z metodami, których skuteczność dopiero jest badana? Historia nauki pokazuje przecież, że wiedza medyczna nie jest czymś zamrożonym na zawsze.
A co z Big Pharmą?
To właśnie tutaj pojawia się określenie „Lex Big Pharma”. Przeciwnicy ustawy argumentują, że w praktyce preferowany będzie jeden model medycyny – oparty na formalnym systemie badań klinicznych, rekomendacjach towarzystw naukowych i produktach podlegających rozbudowanej regulacji. Czy oznacza to automatycznie, że za ustawą stoi przemysł farmaceutyczny? Tego nie można stwierdzić bez dowodów. Ale pytania o przejrzystość procesu legislacyjnego są jak najbardziej zasadne. Kto dokładnie uczestniczył w przygotowywaniu projektu? Kto doradzał jego autorom? Czy wszystkie potencjalne konflikty interesów zostały ujawnione? Jeżeli odpowiedzi na te pytania nie są łatwo dostępne, podejrzliwość społeczna będzie tylko rosła.
Nie chodzi tylko o naturopatów
Sprawa może dotyczyć znacznie większej grupy osób. Jeżeli przepisy zostaną zastosowane szeroko, w polu zainteresowania organów mogą znaleźć się nie tylko osoby określające się jako naturopaci czy zielarze. Może chodzić również o:
- lekarzy stosujących terapie integracyjne,
- terapeutów,
- osoby prowadzące strony internetowe o zdrowiu,
- autorów książek,
- influencerów,
- dziennikarzy,
- twórców podcastów,
- administratorów grup internetowych,
- a nawet osoby dzielące się własnymi doświadczeniami.
Granica między „dzieleniem się doświadczeniem” a „udzielaniem porady medycznej” może w praktyce okazać się niezwykle istotna.
Czy państwo powinno decydować za pacjenta?
Zwolennicy ustawy powiedzą: oczywiście, że pacjenta trzeba chronić. I trudno się z tym nie zgodzić. Nikt rozsądny nie powinien popierać oszustów obiecujących wyleczenie każdej choroby za pomocą cudownej terapii. Ale istnieje zasadnicza różnica pomiędzy walką z oszustwem a stworzeniem systemu, w którym państwowy urząd otrzymuje szeroką władzę nad tym, jakie informacje zdrowotne można rozpowszechniać. Pacjent powinien być chroniony przed oszustwem, ale czy powinien być również chroniony przed możliwością wyboru? To pytanie pozostaje otwarte.
Najważniejsze pytanie dopiero przed nami
Być może za kilka lat okaże się, że obawy przeciwników „Lex Szarlatan” były przesadzone. Być może Rzecznik będzie korzystał z nowych uprawnień wyłącznie wobec najbardziej skandalicznych przypadków. Ale równie dobrze może się okazać, że stworzyliśmy mechanizm, którego zakres działania będzie stopniowo rozszerzany. Historia zna wiele przykładów przepisów uchwalanych w imię bezpieczeństwa, które z czasem zaczynały być wykorzystywane znacznie szerzej, niż początkowo zakładano. Dlatego warto zadawać pytania zanim powstanie system, którego później nie da się łatwo cofnąć.
Kto definiuje prawdę medyczną? Kto kontroluje kontrolującego? Kto ochroni obywatela przed błędną decyzją urzędu? I czy w demokratycznym państwie naprawdę chcemy, aby jeden organ mógł decydować o tym, jakie informacje dotyczące naszego zdrowia mogą być dostępne w internecie?
To nie są pytania wyłącznie dla naturopatów. To pytania o granice władzy państwa. I dlatego sprawa „Lex Szarlatan” powinna interesować każdego.
Opublikuj komentarz